Hitler i dwanaście plemion Izraela
11 lis, 2011 Brak komentarzyTagi: Cmentarz w Pradze, Umberto Eco
Seria: Recenzje książek
W kultowym serialu Miasteczko Twin Peaks David Lynch przekonywał, że sowy nie są tym, czym się wydają. Miliony widzów na całym świecie do dziś zadają sobie pytanie – zatem czym są? Do zbioru zagadek dręczących umysł dołącza, za sprawą Umberto Eco, tajemniczy praski cmentarz. Po przeczytaniu blisko pięciusetstronicowej historii tajemnicze sowy przestają być problemem.
Tylną część obwoluty zdobią chwytliwe hasła: jezuici, sataniści, masoni, zamachy, spiski, fałszerstwa i… doktor Freud. Jednym słowem – idealny komplet dla miłośników teorii spiskowych wszelkiego rodzaju. Jednak żadna, nawet najbardziej wymyślna i dopracowana z benedyktyńską starannością intryga, jaką powieściopisarze raczyli dotychczas czytelników, nie ma najmniejszych szans w starciu z Cmentarzem w Pradze. Ba, lepiej zdusić w zarodku wszelką chęć tworzenia zestawień, list najlepszych kryminałów szpiegowskich, jeśli ma się tam znaleźć najnowsza książka pióra Eco.
Uprzedzam zarzuty i pytania, czy to z czołobitnego uwielbienia dla autorytetu. Skądże, po prostu trudno „przebić” historię, która wydarzyła się naprawdę, a w sposób nieprzewidywalny zmieniła historię świata. Dwudziestowieczne dzieje wyglądałyby zupełnie inaczej, gdyby nie Protokoły mędrców Syjonu..
Warto zacząć jednak od początku, choć trudno taki początek sobie stworzyć. Zbyt dużo chciałoby się powiedzieć, ale tak, by nikomu nie popsuć zabawy, nie zniszczyć wrażeń i emocji towarzyszących lekturze (narzucającej się o każdej porze dnia i nocy, aż do połknięcia ostatniej kropki). Obowiązkowo należy zadbać o kondycję przed rozpoczęciem czytania, bo wcale nie będzie siedzenia w ciepłym fotelu. Pierwsze kroki, wiodące do mieszkania zajmowanego przez kapitana Simona Simoniniego, rozbrzmiewają pośród paryskich zakątków, niekoniecznie pięknie pachnących i zachęcających do wieczornych spacerów.
Przechodzień, który owego szarego poranka w marcu 1897 roku odważyłby się przejść przez plac Maubert albo Maub, jak nazywali go złoczyńcy (…), znalazłby się w jednym z niewielu zakątków Paryża uchronionych przed wyburzeniami z woli barona Haussmanna, w plątaninie cuchnących zaułków, przepołowionej korytem rzeczki Bievre, wypływającej wtedy z trzewi metropolii, których długo nie opuszczała, zanim rozdygotana, rzężąca i zarobaczona wpadała do pobliskiej Sekwany[1].
(Czego jednak Narrator nie zrobi dla paskudnego wina za dwa sous. Biegniemy dalej. Trzeba minąć jeszcze sklep.)
Jeśliby zaś po uzyskaniu jakiejś przepustki odwiedzający przekroczył próg drugich drzwi, dzielących wnętrze sklepu od piętra budynku, i wdrapał się po stopniach niepewnych, kręconych schodów, typowych dla owych paryskich domów o fasadzie tej samej szerokości co drzwi wejściowe (…), dotarłby do obszernego salonu i zamiast tandety z papieru ujrzał zbiór całkiem innych przedmiotów, jak stolik empire na trzech nogach ozdobionych głowami orłów, konsola osadzana na skrzydlatym sfinksie, szafa z XVII wieku, mahoniowy regał wypełniony setką książek w safianowych oprawach, biurko zwane amerykańskim, z zasuwaną pokrywą i licznymi szufladkami jak w sekretarzyku[2].
Wystarczy pięć minut, by zorientować się, że w powieści nie ma miejsca na niedookreślenia, puste miejsca, anonimowe przestrzenie. Najmniejszy bibelot ma przeznaczoną sobie lokalizację. Wszystkie elementy zebrane w całość kreują przed oczyma czytelnika prawdopodobne i możliwe w swym istnieniu miejsca. Tam jest początek i koniec wszystkiego.
Czytelnik niech nie oczekuje, że zdziwi się, rozpoznając w tej postaci kogoś, o kim była już mowa. Niniejsza opowieść zaczyna się właśnie teraz, więc o nikim wcześniej nie wspominano. Sam Narrator nie wie jeszcze, kim jest ów tajemniczy piszący, i zamierza dowiedzieć się tego wraz z Czytelnikiem, kiedy obaj, zaciekawieni, śledzić będą wzrokiem znaki, które pióro kreśli na papierze[3].
Niniejsza opowieść zaczyna się 24 marca 1897 wraz z pierwszymi zapiskami kapitana – będzie w nich snuł opowieść trwającą kilkadziesiąt lat, toczącą się w najróżniejszych zakątkach Europy. Powieść to w zasadzie zgrabny trójgłos Simona Simoniniego, księdza Dalla Piccola i Narratora, a jak się później okazuje – dwugłos. Główny bohater cierpi na dziwną przypadłość, swoiste rozszczepienie osobowości: to Simonini-Piccola.
Czas wspomnieć o Simoninim, najważniejszej postaci w powieści i jedynej, jak wyjawia Eco, o której można powiedzieć, że jest fikcyjna (choć podobni mu wciąż żyją pośród nas). Z zakłopotaniem obnaża duszę, idąc za radą… Freuda. Czytać te fragmenty, to jakby brać udział w terapii grupowej, a co gorsza, podglądać czyjeś ukryte, w podświadomości, informacje. Co zatem mówi o sobie nasz pacjent? Co go boli, dręczy i męczy?
1. Kogo nienawidzę? Żydów, chciałoby mi się powiedzieć. (…) Żydzi śnili mi się noc w noc przez długie lata (…).
2. Niemców poznałem, pracowałem nawet dla nich. To najniższa kategoria rodzaju ludzkiego, jaką można sobie wyobrazić. Niemiec wydziela średnio dwa razy więcej kału niż Francuz – nadczynność funkcji trawiennych ze szkodą dla mózgowych, dowodząca fizjologicznej niższości.
3. Francuzi (…) są leniwi, szachrajscy, pamiętliwi, zazdrośni, pyszni bezgranicznie – do tego stopnia, że wszystkich innych uważają za dzikusów – niezdolni akceptować upomnień.
4. Włoch jest podstępny, kłamie i zdradza, woli sztylet od szpady, truciznę od lekarstwa. W pertraktacjach jest wykrętny, zawsze gotów do zmiany obozu (…).
5. Księża… (…) Obrzydliwość. Próżniacy, klasa niebezpieczna, jak złodzieje i włóczędzy.
6. Najgorsi ze wszystkich są z pewnością jezuici (…). Masoni i jezuici. Jezuici to masoni w kobiecym stroju.
7. O kobietach wiem mało, ale ich nienawidzę[4].
O Simoninim można powiedzieć: ten, który nienawidził. Genialny fałszerz, podrabia dokumenty, umowy, zarabia na życie wprowadzaniem w błąd. Simone to również samotnik, dziwak, koneser wykwintnej kuchni, impotent. Nie tyle łakomstwem, co żarłocznością zastępuje współżycie płciowe – oczywiście, z niechęci i obrzydzenia, jakie czuje do kobiet. Wciąż wodzi piórem po papierze i czyni wysiłki, aby zapełnić luki w pamięci. Wracając myślami do przeszłości, gna samego siebie, jeszcze raz, po świecie. To za jego sprawą czytelnik biega między podejrzanymi zaułkami i zadaje się z tajemniczymi typami. Okropna intelektualna zadyszka nie jest niczym godnym uwagi – raczej pożałowania – gdy okaże się, że Simonini zmienił historię i nadal to robi, manipulując i wprowadzając niezdrową fascynację tajemniczymi Protokołami mędrców Syjonu.
Słowo-klucz, ważne do zrozumienia, co się dzieje: manipulacja. W XIX wieku okazało się, że sprzedając masom na poły zmyślone historie i zaszczepiając w umysłach ludzkich ideę wiecznego spisku oraz konspiracji, można zapanować nad społeczeństwem, walczyć o hegemonię i narzucać swoją wolę. Simonini, jako fałszerz, idealnie nadaje się do spreparowania tekstu, mającego oczernić Żydów. I tak, czerpiąc z powieści Dumasa, opowiada o szaleńczych zakusach przedstawicieli dwunastu plemion Izraela, knujących nocą na praskim cmentarzu. Chcą przejąć kontrolę nad światem. Powstają Protokoły mędrców Syjonu.
Historia szatańskiego spisku zaczęła być wykorzystywana w innych tekstach, ciągle ją przepisywano i powtarzano, a wciąż nowe służby specjalne zgłaszają się do kapitana Simoniniego, by ten dostosował tekst do ich potrzeb. Żydzi mogli zostać zastąpieni masonami, komunistami – w zależności od zachcianek i potrzeb konkretnych służb.
Po latach okazuje się, że krążące Protokoły mędrców Syjonu stały się podstawowym źródłem wiedzy o Żydach w Europie. Zgrabna historia, tak przekonująca w swej postaci, zajęła umysły wielu. W 1905 roku w Rosji wydana zostaje książka Siergieja Nilusa Wielkie w małym, w której autor pisze:
Otrzymałem od zmarłego już serdecznego przyjaciela rękopis opisujący dokładnie i niezwykle jasno plan i rozwój złowrogiego światowego spisku… Dokument ten trafił w moje ręce mniej więcej cztery lata temu z absolutną gwarancją, że stanowi wierny przekład dokumentów (oryginałów), skradzionych przez pewną kobietę jednemu z najpotężniejszych i najgłębiej wtajemniczonych przywódców masonerii…[5].
W 1921 roku London Times demaskuje fałszerstwo i wyjawia prawdę – Protokoły… to falsyfikat, kompilacja fantazji z kilku powieści awanturniczych. Jednakże są one ulubioną lekturą samego Hitlera, który, święcie przekonany o ich prawdziwości, pisze w Mein Kampf:
To, że istnienie tego ludu opiera się na trwającym nieprzerwanie kłamstwie, wynika ze słynnych Protokołów mędrców Syjonu. Są wynikiem fałszerstwa – biadoli co tydzień Frankfurter Zeitung, dostarczając w ten sposób najlepszego dowodu ich prawdziwości… Kiedy ta książka stanie się wspólnym dobrem całego narodu, żydowskie niebezpieczeństwo będzie można uznać za zażegnane[6].
Protokoły mędrców Syjonu stale wydawane są jako autentyk. Do dzisiaj jest to obowiązkowa lektura arabskich i japońskich antysemitów[7]. Zgrabnie napisana opowieść o fanatycznych przywódcach żydowskich, knujących nocą nad cmentarnymi płytami, nieodwracalnie zmieniła bieg przyszłości. Gdyby nie ona, być może nigdy nie doszłoby do Holocaustu.
Jak po lekturze Cmentarza w Pradze myśleć o wydarzeniach politycznych, których jest się świadkiem? Czy przez przypadek ktoś nie czyta właśnie pewnego tekstu, przechowywanego pieczołowicie i przekazywanego z rąk do rąk, by tylko nie utracić „prawdy objawionej”?
Tak, panie Lynch. Sowy nie są tym, czym się wydają.
Tak, panie Eco. Już nic nie jest tym, czym się wydaje.
Umberto Eco
Cmentarz w Pradze
przeł. K. Żaboklicki
Warszawa, Noir sur Blanc 2011
- U. Eco, Cmentarz w Pradze, przeł. K. Żaboklicki, Warszawa 2011, s. 9. [↩]
- Tamże, s.11. [↩]
- Tamże, s. 12. [↩]
- Tamże, s.13-26. [↩]
- Tamże, s. 497. [↩]
- Tamże, s. 497. [↩]
- A. Kaczorowski, Cmentarz w Pradze, [online]. Dostępny w Internecie: http://ksiazki.newsweek.pl/cmentarz-w-pradze–eco-i-medrcy-syjonu,83731,1,1.html [↩]

Nowe komentarze