Perwersja białych mebli
21 wrz, 2011 Brak komentarzyTagi: Klaudyna w Paryżu, Recenzja, S. G. Colette
Oto mamy szansę na poznanie losów archetypicznej dla czasów najnowszych pary kochanków: Klaudyny i Renauda, rodziców Lolity i Humberta, Feminy Dazy i Florentiny Arizy oraz całego pochodu podobnych kreacji literackich. Nieco zapomniani i przyćmieni ekscesami swoich następców, obowiązkowo omdlewający, wzruszeni i wzruszający, podtrzymują naszą nadzieję, że nikt nigdy nie doświadczy tak opisanego strachu: Obudziło mnie przerażenie, że ta nieprawdopodobna noc tylko mi się śniła [s. 217].
To ciekawe doświadczenie: cofnąć się w czasie i spojrzeć na świat bez jakichkolwiek uprzedzeń, nabytej wiedzy, zapisanych w pamięci przeżyć. Po prostu otworzyć się na rzeczywistość i pozwolić jej przez siebie przepłynąć. U kresu takiej podróży okaże się, że to, co niegdyś swoją niezwykłością zwalało z nóg, dziś nie robi najmniejszego wrażenia. Nie oburzają już ekscesy Klaudyny, na twarzy nie malują się wstydliwe rumieńce. Pozostaje jedynie niepohamowana ciekawość warsztatu, za pomocą którego można pisać o dorastaniu, miłostkach i zwyczajnych meblach.
Klaudyna w Paryżu to druga część czterotomowego cyklu powieściowego Sidonie Gabrielle Colette, wydanego pod nazwiskiem jej pierwszego męża, H. Gauthiera-Villarsa. Tytułowa bohaterka przeprowadza się wraz z ojcem z rodzinnego Montigny do Paryża. We francuskiej stolicy układa na nowo życie, bez przyjaciółek z pensji i ukochanych stron. Podczas wizyty u nigdy niewidzianej ciotki poznaje Marcela, „cudownego” chłopca:
Dziewuszka w spodniach! Jasne włosy, dość długie, przedziałek z prawej strony, cera jak u Łusi, niebieskie oczy małej Angielki i tyle akurat wąsów co ja. Jest różowy, mówi cichym głosem, trzymając przy tym głowę z lekka pochyloną i spoglądając w ziemię. Można by go zjeść! [s. 40]
Marcel, jako jedyny rówieśnik w otoczeniu nastoletniej dziewczyny, przyjmuje rolę jej towarzysza podczas eskapad kolorowymi paryskimi uliczkami oraz w odkrywaniu zakamarków… własnej seksualności. Przemiana w kobietę umożliwia pojawienie się w życiu Klaudyny ponadtrzydziestoletniego Renauda, zresztą ojca Marcela. Doświadczony kochanek dokona wcale niemałej rewolucji w życiu dziewczyny.
Colette w powieści-dzienniku lubi przekraczać granice – przesuwa je w obszary nieznane ówczesnej literaturze obyczajowej przeznaczonej dla dorastających dziewcząt. Płeć nie jest cechą widoczną przy pierwszym spotkaniu z człowiekiem. Prawie osiemnastoletni chłopiec przypomina eteryczną dziewczynkę, jasnowłosego aniołka o rumianej twarzy. Homoseksualne skłonności i nietypowa fizyczność wprowadzają w błąd już samych bohaterów historii. Wiek także jest elementem podlegającym dyskusji, która trwa aż do dziś. Mimo znanych współcześnie sposobów swatania kochanków, związek nastolatki z ponad dwadzieścia lat starszym mężczyzną (na dodatek krewnym) dziś wywołuje prawdopodobnie więcej sensacji. Dawniej było to normą, jeśli scenariusz rozpisany był właśnie dla takiej pary.
Główna bohaterka, w przerwach między przekraczaniem, przesuwaniem i przebudowywaniem otaczającego ją świata, rejestruje rzeczywistość z dokładnością kamery. Żaden detal nie ucieka jej uwadze, a ona sama nadaje wszystkiemu wartość tak, że nic nie jest przypadkowe. Szósty zmysł – zmysł obserwacji, pomaga odczuwać świat, a nie tylko biernie na niego spoglądać. Klaudyna otrzymała od autorki zawadiacki charakter, przez który chwilami można pomyśleć o niej: chłopczyca! Za chwilę jednak wykorzystuje swoją rozwijającą się kobiecość nie tylko po to, by sprowadzać na manowce paryskich mężczyzn, ale i wodzić za nos czytelnika. Potwierdza pączkującą w sobie kobietę filuternymi spojrzeniami statecznych panów.
Myliłby się ten, kto by pomyślał, że Klaudyna to przykład bezmyślnego dziewczęcia, łamiącego serca i zdobywającego bezwolne dusze zauroczonych nieszczęśników. Nie omijają jej wątpliwości i rozterki tyczące się spraw znacznie ważniejszych niż przelotne miłostki, choć świadoma ich lekkości, jednocześnie jest świadoma drzemiącej w sobie siły pożądania. Hardość to rodzaj skorupy, chroniącej przed rozterkami i przykrościami. Przebojowość poczynań i sądów Klaudyny sprawia momentami wrażenie pozy, mającej uchronić dziewczynę przed nią samą, świadomą swoich braków:
Wstydź się, Klaudynko! Kiedyż wreszcie skończy się ta obsesja, ten lęk przed samotnością?
Sama, sama! Klara wychodzi za mąż, zostaję zupełnie sama.
Moja droga, a kto tego chciał, jak nie ty? Zostań więc sama – i nieskalana.
Tak. Ale jestem biedną, smutną dziewczynką, co szuka wieczorem miękkiego futerka Fanszetki, by ukryć w nim rozpalone usta i podkrążone oczy. Przysięgam, przysięgam wam, że to nie jest, że to nie może być banalne rozdrażnienie pannicy, której potrzeba męża! Mnie potrzeba o wiele więcej niż tylko męża… [s. 173]
Warto także wspomnieć o języku, jaki wykreował rzeczywistość Klaudyny w Paryżu. Dzięki Colette można rozsmakować się w lodach o smaku mandarynkowym, zmrużyć oczy, gdy słońce pada na rażąco jasne ściany. Najbardziej obskurne zakątki Paryża mają swój urok, a białe meble są perwersyjne w swojej formie, gdy spogląda się na nie oczyma autorki. Uroda bohaterów jest znacznie szlachetniejsza, gdy przyjrzeć się ich rzęsom, policzkom przykrytym jasnym meszkiem, oczom, w których tańczą promienie światła. Rzadko spotykana dokładność opisu pozwala autorce zagospodarować przestrzeń co do milimetra; nawet pyłek kurzu nie przefrunie niepostrzeżenie. Gdy spoglądam kątem oka na fotografię Colette, w głowie szybko rodzi mi się myśl: jej pisanie jest jak ozdobny sznur słów-pereł.
S. G. Colette, Klaudyna w Paryżu, przeł. K. Dolatowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011

Nowe komentarze