Zagraj to jeszcze raz, Woody
20 wrz, 2011 Brak komentarzyTagi: film, O Północy w Paryżu, Recenzja, Woody Allen
Weźmy bohatera, którego widzowie zdążyli już polubić. Umieśćmy akcję filmu w wyjątkowo ładnym miejscu. Dorzućmy do tego kilka historycznych postaci – one zawsze dodają filmowi kolorytu. Aha, i puśćmy w tle jakąś nastrojową, sprawdzoną muzykę. Czy to przepis na hollywoodzką sztampę? Nie, to nowy film Woody’ego Allena. Bardzo dobry film.
Urok O północy w Paryżu bierze się właśnie stąd, że Allen postanowił zbyt mocno nie kombinować. Zamiast tego, w bardzo umiejętny sposób, połączył ze sobą kilka prostych i sprawdzonych pomysłów. Przede wszystkim sięgnął po wypróbowanego bohatera. Gil (dobra rola Owena Wilsona) to kolejna wersja niespełnionego neurotyka, dobrze znanego widzom Allena. Gil jest wziętym amerykańskim scenarzystą, który uważa swoją pracę za chałturzenie (kamyczek do hollywoodzkiego ogródka), w związku z czym woli skupić się na pracy nad swoją debiutancką powieścią. Poznajemy go, gdy przyjeżdża z narzeczoną (Rachel McAdams) do ukochanego miasta – Paryża. Allen nie waha się użyć tego atutu i bezwstydnie zarzuca nas, już od samego początku, urokliwymi obrazkami stolicy Francji, które co wrażliwsi mogliby uznać za ocierające się o kicz.
Tym, co najbardziej Gila w Paryżu kręci i podnieca jest fakt, że w mieście w latach 20. przebywali tacy artyści jak Pablo Picasso, Salvador Dali czy Ernest Hemingway. Na skutek jakiejś niesprecyzowanej paryskiej magii bohater dostaje możliwość spotkania się ze swoimi idolami. Co chwila pojawiają się więc w filmie znane widzom z historii persony. Niektóre z nich są naprawdę zabawne – na przykład owładnięty obsesją na punkcie męskości Hemingway (Corey Stoll) czy zupełnie postrzelony Dali (świetny Adrien Brody). Gil spotyka też Cole’a Portera, po którego muzykę Allen nie omieszkał sięgnąć, aby dodać swojemu filmowi uroku (usłyszycie również inne klasyczne kawałki, choćby Sidneya Becheta).
Allen nie wysubtelnił też nazbyt warstwy ideowej swojego filmu. Zanim Gil przeniesie się w czasie, jeden z bohaterów mówi mu, że jest on owładnięty manią przeszłości i żyje fantazjami. Od początku więc wiemy, że podróż w czasie jest tak naprawdę okazją do zmierzenia się z prywatną utopią. To, jaki jest rezultat owej duchowej mini-odysei, również zostaje nam podane wprost podczas dialogu głównego bohatera z Adrianą (Marion Cotillard). Widz nie musi zatem nadwerężać szarych komórek, żeby zrozumieć o co w filmie chodzi. Ma przynajmniej pewność, że Allen chce coś jednak przekazać. Wolę to od Vicky Cristiny Barcelony, obrazu, który ciągle udawał, że mówi coś ważnego, a tak naprawdę pokazywał tylko ładne widoki i niezłych aktorów. Jasne, nieskomplikowane i podawane wprost przesłanie filmu jest z pewnością jednym z powodów, dla których O północy w Paryżu nie można uznać za arcydzieło, ale nie samymi arcydziełami przecież człowiek żyje.
Allen – tak, jak jego bohater – idzie drogą prostych emocji, a nie napuszonej erudycji (jak przyjaciel narzeczonej Gila). Nie brak jednak w O północy w Paryżu kilku bardziej wysublimowanych, typowo allenowskich żartów, nieczęsto spotykanych w innych amerykańskich obrazach. W filmie żartuje się na przykład z obrazu Picassa, z powieści Hemingwaya, a także z filmu Buñuela. To połączenie nieskomplikowanej historii z subtelnym humorem sprawdza się doskonale.
Poza tym, najnowsze dzieło Allena jest zaskakująco optymistyczne (choć bez przesady – to jednak Allen), co też wychodzi mu na zdrowie. Miła to odmiana w porównaniu z zazwyczaj gorzkimi puentami twórcy Manhattanu. Oczywiście, nie brak w filmie ponurych obserwacji (np. na temat naszej skłonności do idealizowania), ale wypogadza go przede wszystkim to, że główny bohater jest sympatycznym romantykiem. Co prawda, przyjdzie mu przeżyć parę rozczarowań, ale doznaje on też swego rodzaju duchowego oczyszczenia i nie wychodzi z całej tej historii przegrany. Podobnie jak widz.

Nowe komentarze